O językach w medycynie
Tym razem w naszym wyjątkowym cyklu inspirujących wywiadów, porozmawiamy z Arturem Kierachem – lekarzem trychologiem, specjalizującym się w diagnostyce oraz leczeniu łysienia oraz przeszczepach włosów, właścicielem Kliniki Centrum Kierach. Czy studia medyczne w Polsce przygotowują do pracy za granicą? Czy trzeba umieć łacinę, aby być lekarzem? Czym różni się francuska opieka zdrowotna od polskiej, oraz dlaczego trzeba uważać zadając pytanie Japończykowi? Tego wszystkiego dowiecie się z lektury naszego wywiadu „O językach w medycynie”! Zapraszamy serdecznie!
Milena: Zacznijmy od początku. Jakie są Twoje początki kariery lekarskiej? Jak podjąłeś decyzję o tym, że chcesz zostać lekarzem?
Artur Kierach: Już od szkoły podstawowej wiedziałem, że chcę pomagać ludziom, natomiast myślę, że to nie wychodzi samo z siebie, tylko gdzieś z domu. Moi rodzice nie są lekarzami, ale nakierowali mnie na to w nieco inny sposób. Wychowałem się w Częstochowie, dlatego postanowiłem zdawać do uczelni medycznej w Zabrzu, na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Po 6 latach studiów lekarskich trzeba odbyć obowiązkowy staż, aby uzyskać prawo wykonywania zawodu. Ja mój roczny staż spędziłem w Poznaniu i tak już tu zostałem na kolejne 4 lata. W międzyczasie zacząłem podróżować do Norwegii. Zaraz po stażu podyplomowym uzyskałem ofertę pracy w jednej z tamtejszych klinik, która oferowała nauczenie i pracę w ich klinice w zakresie przeszczepu włosów. Swoje życie dzieliłem wówczas między Poznaniem a Norwegią: 2-3 tygodnie spędzałem w Norwegii, po czym na tydzień wracałem do Polski. Po roku, gdy zdecydowałem się zrezygnować z aktualnej pracy, zacząłem szukać innych możliwości pracy za granicą. I tak trafiłem na klinikę w Paryżu, która była zainteresowana moimi umiejętnościami i tą techniką przeszczepu włosów, którą pracowałem. I tak spędziłem kolejne 5 lat – podróżując między Paryżem, a Wrocławiem. Od 2018 roku jestem już na stałe tylko w Polsce.
_

_
Łukasz: Opowiedz nam trochę więcej o swojej specjalizacji – trychologii.
A: Zacząłem tylko i wyłącznie od przeszczepu włosów, natomiast już po powrocie do Polski, zdałem sobie sprawę, że nie mogę funkcjonować jako lekarz zajmujący się tylko i wyłącznie tą wąską dziedziną. Jeśli chodzi o samo wypadanie włosów, nieodłączną częścią tej dolegliwości jest diagnostyka i leczenie wypadania włosów, bo część pacjentów, która przychodzi do mnie z przerzedzonymi włosami, jest przekonana że już nic oprócz przeszczepu im nie pomoże, bo stosowali już wszystkie możliwe szampony na wypadanie włosów. Obecnie, 80% moich pacjentów jest na leczeniu farmakologicznym i do samego przeszczepu nigdy nie dochodzi, bo da się często leczyć za pomocą innych mniej radykalnych środków. Zawsze na początku doradzałem pacjentom, aby kierowali się najpierw do dermatologa, bo ja się tym nie zajmuję, jedynie przeszczepiam włosy…, ale im bardziej zaczynałem się wgłębiać w temat, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że są to nierozerwalnie związane ze sobą dziedziny. Dlatego teraz moja wąska specjalizacja to diagnostyka i leczenie wypadania włosów oraz przeszczep włosów
Ł: Są różne metody przeszczepy włosów. W której metodzie ty się specjalizujesz?
A: Zajmuje się głównie metodą FUE (follicular unit extraction) DHI (direct hair implatation), czyli najnowszą, najmniej inwazyjną, która nie pozostawia linijnych blizna na skórze głowy. Kiedyś pobierało się mieszki włosowe wycinając płat skóry z tyłu głowy, trzeba było potem zaszyć i pozostawała blizna, którą można było ukryć włosami, o ile tylko ich długość na to pozwalała, bo krótkie włosy eksponowały bliznę.
Przełom nastąpił około 20 lat temu, gdy opracowano metodę polegającą na pobraniu pojedynczych mieszków włosowych (FUE), bez konieczności wycinania całego płatu skóry. To właśnie tej metody uczyłem się w Norwegii.
M: Czy Twoje podróże zawodowe ograniczały się tylko do Europy?
A: Zawodowo głownie w Europie, bo zdarzają się różne konferencje medyczne wykraczające poza nasz kontynent. Odbyłem staże w Los Angeles i Yokohamie (Japonia)
_

M: Pewnie masz dobre porównanie obrazu edukacji w Polsce, w Europie i na świecie. Czy mógłbyś coś powiedzieć o kierunkach medycznych w Polsce, jak wypadają na tle zachodnich uniwersytetów?
A: Szczerze mówiąc pracowałem głównie z ludźmi, którzy nie studiowali ani w Paryżu ani w Norwegii, ale głównie z Grekami. Wiem, że dużo Norwegów oraz Szwedów przyjeżdża do Polski na szkolenie. Myślę, że ułatwia im aplikowanie w naszym kraju fakt, że jednak mamy tych uniwersytetów medycznych zdecydowanie więcej, a tym samym więcej miejsc. Dla nich też ten koszt szkolenia jest dużo tańszy niż w Norwegii czy Szwecji. Również bardzo dużo Azjatów czy też Polonii amerykańskiej przyjeżdża do Polski się szkolić. Mamy nawet stworzone specjalne kierunki English Division z amerykańskim programem nauczania. Nasze nauczanie medyczne jest na bardzo wysokim poziomie, nie mamy się tutaj czego wstydzić na tle reszty świata, więc obywatele innych krajów mogą potem spokojnie wrócić do swojego kraju i wykonywać pełnoprawnie zawód lekarza po nostryfikacji swojego dyplomu.
M: Odwróćmy teraz sytuację. Czy studia lekarskie w Polsce są w stanie przygotować młodych polskich lekarzy do pracy za granicą?
A: Myślę, że tak. Komunikacja w dzisiejszych czasach jest tak ogromna i daje takie możliwości, że mniej więcej na całym świecie jest ten sam poziom jeżeli chodzi o nauczanie. Jeżeli ktoś chce się tutaj kształcić, to dostęp do najnowszych badań i odkryć jest w zasięgu ręki. Jeżeli coś się publikuje lub są jakieś nowe badania, to pojawiają się w internecie z maksymalnie miesięcznym, 2-miesięcznym opóźnieniem, bo jest to tylko kwestia publikacji pracy. Jeżeli ktoś faktycznie jest zainteresowany rozwojem, to jest w stanie bardzo szybko dotrzeć do nowości. Generalnie wszystkie studia medyczne na całym świecie są w podobny sposób prowadzone, ludzie na całym świecie chorują na to samo, więc myślę, że tak, jesteśmy przygotowani po nauce w Polsce do pracy również poza granicami naszego kraju. Ale musimy mieć też na uwadze, że studia lekarskie dają tylko jakąś teorię, natomiast tak naprawdę wszystkiego człowiek uczy się w szpitalu, na oddziale, na którym pracuje. Ta prawdziwa edukacja, zaczyna się dopiero po studiach, kiedy przyjdzie nam wykorzystać zdobytą wiedzę w praktyce. Człowiek, który kończy podstawowe 6-letnie studia lekarskie, nie jest jeszcze gotowy na pracę w szpitalu, stąd konieczność odbycia specjalizacji, które trwają kolejne 5-6 lat.
M: Nie kusiło Cię wobec tego nigdy, aby otworzyć swoją klinikę poza granicami Polski?
A: Ja do dzisiaj mam takie marzenie, żeby otworzyć klinikę w Maladze, w Hiszpanii. Zawsze chciałem mieszkać gdzieś na południu Hiszpanii. Mam jednak świadomość, że w Hiszpanii musiałbym prawdopodobnie pracować dla kogoś, a w Polsce mam ten komfort, że wyrobiłem już swoją markę, i mogę pracować pod własnym nazwiskiem.
M: Czy wobec tego otworzenie własnej kliniki w innym kraju jest trudne?
A: Jeżeli ma się pieniądze to żaden problem. Kwestie formalne nie są tak trudne i skomplikowane jakby mogło się wydawać, bardziej chodzi o to, aby znać miejsce, znać język, no i przede wszystkim mieć finanse, aby taką klinikę otworzyć.
M: Wróćmy jeszcze do tematu podróży. Podróżując po tylu krajach, na pewno zdarzyło Ci się poznawać różne języki i różne kultury. Czy doświadczyłeś jakiegoś szoku kulturowego? Który kraj był największym wyzwaniem pod względem bariery językowej czy kultury?
A: Zdecydowanie Japonia. Spędziłem tam dwa tygodnie na stażu. Największą różnicę kulturową odczułem, gdy zadawałem jakieś pytanie i oczekiwałem odpowiedzi „tak” lub „nie”. Przez pierwszy tydzień byłem przekonany, że wszyscy mnie rozumieją po angielsku i odpowiadają twierdząco, natomiast okazało się, że wynikało to z ich grzecznościowej kultury, gdzie w dobrym tonie jest przytakiwanie z uśmiechem na ustach, nawet gdy nie ma się pojęcia o czym druga osoba mówi. Kilka razy doszło tam z tego powodu do nieporozumień. Dopiero później się zorientowałem, że w większości w ogóle mnie nie rozumieli.
Jeżeli zaś oczekiwałem jakiejś odpowiedzi, które wykraczała ponad zwykłe potwierdzenie lub zaprzeczenie, to i tak spotykałem się zazwyczaj tylko z potakiwaniem i powtarzanym „yes, yes, yes”. Więc tak, zdecydowanie zderzyłem się z barierą językową w Japonii. W innych krajach ludzie zazwyczaj nie ukrywali, że nie rozumieją, dostawałem zawsze jasny sygnał, że szuka się dalej osoby, która może pomóc przetłumaczyć to co mówię, natomiast w Japonii trochę oszukują [śmiech].
M: To jak sobie poradziłeś w takich sytuacjach, kiedy miałeś jakąś naprawdę ważną kwestię do przedyskutowania?
A: Lekarze zdecydowanie mówią po angielsku, bardziej miałem na myśli sytuacje dnia codziennego, gdy na przykład musiałem się gdzieś dostać transportem publicznym. Wtedy problem komunikacji był bardzo odczuwalny. To samo spotkało mnie w Pekinie w 2017 roku, gdzie byłem na konferencji. Tam nikt po angielsku nie mówił, ale po Japonii byłem już na to gotowy i każdą mapę miałem ściągniętą w telefonie.
M: Czy odbywając praktykę lekarską za granicą lub uczestnicząc w jakimś kursie, spotkałeś się z kompletnie innym podejściem do leczenia od tego, które znasz z Polski?
A: Pracując za granicą, nigdy nie pracowałem w szpitalu, zawsze w małych klinikach, dlatego ciężko mi to w taki sposób porównywać. Natomiast to co zauważyłem w Paryżu, to skostniały system francuskiej służby zdrowia. Tam pewne procedury wykonuje się od 15, 20 lat tak samo. To był też jeden z powodów, dla których zdecydowałem się zrezygnować z pracy tam i wrócić do Polski, bo wydawało mi się, że nie byli otwarci na żadne nowości ani innowacje, wyznając zasadę, że skoro coś działa, to po co to zmieniać. W pewnym momencie poczułem, że już tam więcej nie osiągnę i jeżeli chcę się rozwijać, muszę wrócić i zacząć pracować na własną rękę i jeździć na szkolenia, co pozwoliło mi zapewnić lepszą usługę moim pacjentom.
M: A czy w samej Francji miałeś sytuacje związane z barierą językową?
A: Tak, zdecydowanie. W każdym lokalu usługowym jakieś podstawy angielskiego znają, by móc porozumieć się z turystami. Z młodymi ludźmi też na ogół porozumiesz się w jeżyku angielskim, natomiast osoby 30+ , 40+ praktycznie po angielsku nie mówią wcale. Czasem myślę, że to wynika z pewnej przekory, bo część rozumieją, ale odpowiadają i tak po francusku. Raz sam nawet usłyszałem „jesteś we Francji, mów po francusku” , co wydało mi się nieco niegrzeczne [śmiech].
M: Jak wyglądał Twój kontakt bezpośredni z pacjentem, który nie znał angielskiego?
A: To akurat było tak zorganizowane, że pracowałem z dziewczyną, która mówiła po francusku. Pochodziła z Mauritiusa, gdzie francuski jest jednym z języków urzędowych i część zajęć w ich szkołach prowadzi się po francusku, a część po angielsku, więc była moim tłumaczem w sytuacjach bezpośredniego kontaktu z pacjentem. Warto dodać, że ja byłem głównie wykonawcą usługi, nie konsultowałem pacjentów – był lekarz, który to robił po francusku, a ja tylko przychodziłem w ostatecznym stadium leczenia i wykonywałem zabieg.
Przyznaję, że nie uczyłem się francuskiego. Początkowo zakładałem, że moja przygoda w Paryżu potrwa tylko pół roku do maksymalnie roku, a później gdy już zobaczyłem, że nie mam potrzeby uczyć się francuskiego, bo po angielsku sobie poradzę, zabrakło mi motywacji do nauki języka.
M: Czyli język angielski jest zdecydowanie przewodni w tej branży?
A: To zdecydowanie międzynarodowy język. Po angielsku porozumiesz się z lekarzami i szeroko rozumianą branżą medyczną w każdym kraju Europy i świata.
M: Jakimi językami Ty się posługujesz w pracy i na co dzień?
A: Głównie po polsku, chociaż zdarzają mi się klienci zagraniczni. Wówczas porozumiewamy się po angielsku.
M: Który język, oprócz angielskiego, otwiera według Ciebie drzwi do kariery międzynarodowej w branży medycznej?
A: Typowałbym hiszpański. Mamy tutaj całą Amerykę Środkową oraz Południową z małymi wyjątkami, z Włochami również można się porozumieć po hiszpańsku. Poza tym, to popularny język na południu Stanów Zjednoczonych – i na Florydzie, i w Kalifornii możemy się dogadać po hiszpańsku, dlatego myślę, że to bardzo przyszłościowy język.
M: Czy podróże i poznawanie innych kultur wzbudziły w Tobie chęć do nauki innych języków?
A: Język angielski był na tyle uniwersalny, że nie odczuwałem takiej potrzeby. Nie kusiła mnie też nigdy przeprowadzka do innego kraju, może z wyjątkiem wspomnianej wcześniej Hiszpanii. Dlatego też, chciałbym się nauczyć hiszpańskiego, bo na pewno wiele by mi to uprościło życie mieszkając tam. To, czego nauczyło mnie mieszkanie we Francji to to, że jeśli nie mówi się w języku w kraju, którym się mieszka, to jest się właściwie odciętym od kultury – nie pójdzie się do teatru, ani do kina i nie korzysta się w pełni z miasta, w którym się żyje i jego możliwości, które oferuje.
M: Łacina to również nieodłączny element studiów medycznych. Miałeś problemy z nauczeniem się jej?
A: Bardziej uczyliśmy się na pamięć określonych zwrotów, których używało się jeszcze jakieś 20 lat temu w medycynie. Kiedyś wszystkie wypisy były w języku łacińskim, natomiast w ostatnich latach zostało to zmienione, aby pacjent również mógł zrozumieć historię swojej choroby i leczenia. Wydaje mi się, że obecnie w większości krajów na świecie odeszło się już od łacińskich wypisów.
Natomiast warto wspomnieć, że wszystkie angielskie terminy medyczne pochodzą z łaciny. Dlatego rozumiejąc łacinę, nie ma problemu, aby w Anglii zrozumieć rozpoznanie, bo nazwy wszystkich chorób, schorzeń czy organów w języku angielskim, wywodzą się bezpośrednio z ich łacińskich nazw, w nieco „zangielszczonej” wersji, jeśli chodzi o ich wymowę czy zapis.
Ł: Na koniec opowiedz nam jeszcze o swoim doświadczeniu z mediami, bo wiemy, że to nie jest Twój pierwszy wywiad od czasów początków twojej kariery lekarskiej i zdarzyło Ci się występować również w telewizji.
A: Dwa razy zdarzyło mi się występować w programach, w których można się pomylić, wyciąć pewne fragmenty i nakręcić je jeszcze raz. Bardzo miło wspominam te nagrania, nazywały się „Niezwykłe przypadki medyczne”.
Ostatnio z kolei, miałem okazję być w programie „Dzień Dobry TVN”, gdzie formuła tego programu znacznie różniła się od tej, z którą dotychczas miałem do czynienia. Jak wiadomo, jest to program na żywo i było to zdecydowanie bardziej stresujące dla mnie doświadczenie. Cały czas miałem z tyłu głowy, że wszystko co powiem od razu pójdzie na wizję i trzeba uważać, żeby się nie pomylić. Miałem w głowie kilka pytań, które mogą potencjalnie paść i myślę, że byłbym w stanie 30-40 minut mówić o tym co chciałem i co sobie zaplanowałem, natomiast tuż przed wejściem na wizję, powiedziano mi, że mamy z towarzyszącym mi pacjentem Łukaszem równo 7 minut na naszą rozmowę. Ta świadomość sprawiła, że cały stres opadł i mogłem podejść na luzie do tej rozmowy. Bardzo ciekawe doświadczenie, była trochę tremy i stresu, ale takie motywujące, dlatego chętnie jeszcze raz wziąłbym udział w takim wywiadzie.
M: Czy mając już małe doświadczenie z mediami, chciałbyś kiedyś może mieć swój autorski program w telewizji lub występować na stałe w roli eksperta w programie medycznym? Czy też taka działalność w ogóle Cię nie interesuje?
A: Jestem trochę niespełnionym artystą [śmiech]. Będąc w Stanach Zjednoczonych na kursie doszkalającym, miałem okazję pójść do studia Warner Bros i zobaczenia tej całej magii kręcenia filmów na własne oczy. Jest to coś niesamowitego i chciałbym mieć jakiś udział i być częścią czegoś takiego, dlatego czemu nie!
Ł: Dziękujemy za poświęcony nam czas i życzymy samych sukcesów, zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym!
Zapraszamy do odwiedzenia naszego Facebooka oraz śledzenia wpisów na naszym blogu.

Anna Soloch
Specjalistka od administracji w CHOICES, zawsze pomocna i gotowa do działania. Prywatnie pasjonatka języków obcych, w wolnych chwilach uwielbia czytać książki, tańczyć na rurze i grać w gry komputerowe.
Milena Bułhak
Anglistka (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu). Pasjonatka jazdy konnej, podróży i lotnictwa. Zawsze uśmiechnięta, ciekawa świata i gotowa do podejmowania nowych wyzwań.






Poznaj nas lepiej